28.11.2013

Nic nie boli tak jak życie...

Wydawnictwo: Znak. 
Wydanie: Wydanie I. Kraków 2012 r. 
Oprawa: Miękka. 
Ilość stron: 399. 

Jedna z tych książek,która pozostawiła we mnie jako czytelniku- niezatarty ślad, w duszy i ciele. Żywą ranę.A na ustach cichy szept,a zarazem nieme nie dowierzanie: "Boże to nie może być prawda''....
Niejednokrotnie w naszym życiu kierujemy się przysłowiem: "Nigdy nie jest tak źle,aby nie mogło być gorzej...". Niestety, w życiu tego małego chłopca,który zerka na nas z okładki okazuję się ono niestety całkowicie bezpodstawne.Bo ten koszmar,którego doznało to dziecko,załamałby równie mocno niejednego dorosłego.

Ile może znieść małe,opuszczone,bezbronne,bezradne,a na dodatek niepełnosprawne dziecko?! Okazuje się niestety,że bardzo dużo.A ile cierpienia,bólu,hipokryzji,znieczulicy,obojętności i nieludzkiego traktowania może zadać dorosły, bezmyślny człowiek?! Więcej niż mogłam się spodziewać!!!  

Wania Pastukow to mały,rosyjski chłopiec z uroczymi, kręconymi włoskami.Chłopiec z wrodzoną niepełnosprawnością,która sprawiła,że zobaczył on przedsionek piekła w czasie, kiedy jego rówieśnicy byli otoczeni troskliwą opieką matczynej miłości.On tego nie miał,porzucony przez niestabilną emocjonalnie matkę,która sama nie potrafi zająć się sobą,dwójką starszych dzieci,a na dodatek chorym synkiem... Dodatkowo ma ONA  wmawiane przez lekarzy,że jej dziecko to praktycznie RZECZ nie człowiek,z którego nic nie będzie...W ten oto sposób,malutki Wania trafia do rosyjskiego domu dziecka,a  stamtąd - wieku sześciu lat -do szpitala psychiatrycznego.Ironia i paradoks tego zdarzenia, dla czytelnika jest  tym silniejszy i nie do pojęcia,bo Wania jest to chłopiec nad wyraz inteligentny i komunikatywny,zważywszy na warunki w jakich przyszło mu egzystować...Jeśli komukolwiek uda się wtargnąć, do hermetycznie zamkniętej instytucji,jaką jest dom dziecka,Wania z właściwym sobie uporem,zjednywaniem ludzi i inteligencją prosi,by zabrać Go do domu i zostać Jego Mamą!

A dlaczego ten słodki,mały chłopiec trafił do szpitala psychiatrycznego?! Bo Wani zostały pokazane,podczas komisji drzewa,sygnalizator świetlny,i krojone kromki chleba.Rzeczy,których nigdy nie widział i nie zna...Bo dla Wani chleb to rarytas,który jadł może raz w życiu-przyniosła mu go ulubiona opiekunka-ciocia Walentyna...
Wania nigdy nie widział nieba i drzew,bo  nigdy nie był na zewnątrz...Całe dnie spędzał skrępowany w chodziku,a na domiar złego w za małych rajstopkach i butach,do jedzenia dostając niezidentyfikowaną breję w butelce...Taki był dom dziecka...A szpital psychiatryczny to przedsionek piekła na ziemi...Ale On Ten Mały, Wielki Bohater nie traci nadziei,Modli się do swego Anioła Stróża o Mamę,która Go pokocha...

I więcej nie jestem w stanie nic napisać,bo klawiatura mi rozmoknie...Dlaczego sięgnęłam po tę książkę, kiedy zobaczyłam tego małego,ślicznego chłopca na okładce wiedziałam,że muszę ją mieć...Ja osoba wyczulona na wszystko co związane z dziećmi,być może dlatego,że wiem iż nie będę miała  możliwości doświadczenia macierzyństwa... Bo takie życie,tak chciał los... Wzięłam w ciemno,nie wiedząc co zawiera środek...To nic innego innego,ja dramatycznie wołanie z samego piekła: "Zabierz mnie stąd i mocno kochaj..."

Książkę przeczytana w poniedziałek- jest czwartek,a ja nie mogę się pozbierać...Patrzę na okładkę i wszystko powraca,jak bumerang...I ten podziw,taki mały,tyle przeszedł,a jednak dał radę,wywalczył swoje życie i wywalczył miłość oddanej i kochającej matki.Nie przypuszczałam,że książka mnie czytelnikowi może sprawić ból..a jednak...Lektura,która mnie pozbawiła snu,a każdy kęs jedzenia był wyrzutem...Zostawiła wielką niewiadomą...Tak Johnowi,bo tak chłopca nazywa jego mama,się udało...Ale,czy jest mi ktoś w stanie udowodnić,że już się tak nie dzieje,że dzieci są traktowane w sposób ludzki i humanitarny...Natomiast o samym kraju i jego specyfice postępowania w tym temacie nie napiszę nic....

„Nawet gdy zniknie ostatnia nadzieja, nie wolno się poddawać. Jednak dopiero gdy zrozumiesz swoją bezradność, Bóg odpowie na twoje modlitwy.”
                                                                                   
                                                                                         Missy...
Ps. Jedna paczka chusteczek to za mało....

24.11.2013

W układzie z Bogiem...

Wydawnictwo: Albatros. 
Wydanie:: Warszawa 2007 r. 
Oprawa: Miękka. 
Ilość stron: 351. 

Problemy,mamy je Wszyscy.Jedni z Nas twierdzą,że zarówno te wielkie, jak i te dnia codziennego zakłócają bieg i radość życia.Drudzy zaś twierdzą,że nadają ONE życiu sens.Pozwalają dostrzec Jego wartość, oraz uczą, jak delektować się i cieszyć małymi skrawkami codzienności składającymi się na Nasze życie.
Ale co wtedy, kiedy problemy z dnia na dzień narastają,są wielkie,jak Everest,a wszystkie możliwości ich rozwiązania zostały wyczerpane...Wówczas załamani,niewidzący znikąd pomocy,na rezerwie nadziei, kurczowo czepiamy się ostatniej deski ratunku-modlitwy.

Pochylamy głowę,składamy ręce i prosimy,by Nasze życie wyglądało tak,jak przed nawałnicą problemów.Gorąco się modląc,postanawiając poprawę,w skrytości ducha "Dobijamy Targu z Szefem na Górze".Panie Boże,"Jeśli pomożesz to ja Tobie to i to,lub będę taki,a taki...Oby tylko było dobrze...

W takim właśnie momencie,życiowych zawirowań i piętrzących się problemów z godziny na godzinę, poznajemy bohatera książki N.Sparksa "Od pierwszego wejrzenia" Jeremy-ego. 
 Już raz życie zwaliło się mu na głowę,poprzednie małżeństwo legło w gruzach,a wszystkiemu winien był on i złowróżebna  diagnoza lekarska; nigdy nie będą rodzicami z przyczyn leżących po jego stronie.Wskutek czego była żona położyła na nim kreskę związek uległ rozpadowi.Nie traci on pogody ducha,gdyż wierzy,że jeszcze trafi na tę wymarzoną,która pokocha go bez względu na wszystko...W najmniej oczekiwanym momencie, na drodze jego życia, pojawia się przepiękna bibliotekarka Lexie Darnell.I nagle cały świat przystojnego, nowojorskiego, dziennikarza,jakim jest Jeremy stanął w miejscu. Porzuca on dotychczasowy blichtr tego miasta,dobrze płatną pracę w intratnej nowojorskiej gazecie,która może otworzyć przed nim podwoje kariery. Zostawiając zszokowanych rodziców,rozgoryczonych przyjaciół i podąża w ślad za ukochaną,którą zna zaledwie od trzech miesięcy. Bo zdarzył się cud, Lexie spodziewa się dziecka...Jego dziecka..
Wszystko dzieje się z prędkością światła,kupują dom,przygotowują się do ślubu i narodzin dziecka.I wszystko byłoby piękne,ale małe miasteczko to nie Nowy Jork.Początki są okropnie ciężkie i trudne.Jeremy stracił wenę i od tygodni nie napisał żadnego artykułu,pieniądze na koncie topnieją w zastraszającym tempie,a na domiar złego dostaje maile o niepokojącej i dwuznacznej treści...Czy aby dziecko,którego się spodziewają jest Jego...
Czy może być gorzej??? Nie ma lekko,bo okazuje się,że ciąża jest zagrożona,a dziecko może urodzić się niepełnosprawne...Dziecko na które tak się cieszył i czekał...
Teraz nie pozostało mu już nic,jak tylko się modlić.Jeremy modli się, prosi i dobija "targu"...Nie wie tylko,że "Szef na Górze"ma względem Niego i jego rodziny całkiem odmienne plany...

Ciepła i ujmująca książka na jesienne wieczory.Która pozwala spojrzeć na relacje partnerskie z dystansem,pokazuje,że nawet najkrótszy związek musi opierać się na wzajemnej tolerancji i zaufaniu. Parę książek tego autora mam już na koncie,sięgając po tę wiedziałam,że się nie zawiodę,lecz nie obyło się bez dozy smutku i pochlipywania...

                                                                       {  Missy }

19.11.2013

Prezent niespodzianka, z namiastką Zielonego Wzgórza ...



 
Dziś post nietypowy i wyjątkowy zarazem.Wyjątkowy,bo spełniło się jedno z marzeń,bo to prezent niespodzianka,bo mimo dzielących Nas tysięcy kilometrów,dla Kogoś Moje Marzenie było ważne.Pewna Pokrewna Dusza zadała sobie trud i czas,by namiastka czegoś co związane jest z "Anią z Zielonego Wzgórza",znalazło się w moim skromnym domku.Jedyne co mogę powiedzieć, to DZIĘKUJĘ:-)Bo brak mi słów.

Podczas jednej z rozmów mailowych, z przemiłą Bernadetą z bloga Kierunek Avonlea, w zachwycie nad jej podróżą,do Krainy Naszej Bohaterki,szepnęłam, "jak bardzo chciałabym mieć choć jakąś namiastkę Ani". Nawet nie zdając sobie sprawy,co z tego mojego szeptania wyniknie...I oto jest prezent - niespodzianka,prosto z Wyspy Księcia Edwarda, który przebył bardzo długą drogę,by trafić do Polski,do domu Miłośniczki Ani z Zielonego Wzgórza;-) Pękaty Słoiczek Piasku;-) Przyznacie sami,że to Niebanalna Niespodzianka;-)
Moja pierwsza reakcja, i myśl po otwarciu przesyłki: "Jej ten piasek ma zupełnie kolor,jak włosy Ani;-)" Jakby to ujęła sama bohaterka ," kasztanowaty";-) Nie byłabym sobą, gdybym słoika nie otworzyła...I ktoś by mógł pomyśleć, wielka mi rzecz zachwyca się piaskiem...Tak zachwycam się,bo piasek ma dla mnie treść emocjonalną, namacalną,że gdzieś jest miejsce nie tylko z kart książki,lub mej wyobraźni.Miejsce magiczne i niepowtarzalne,bo tchnie przygodą i życiem Ani.Miejsce,którego prawdopodobnie nigdy nie zobaczę,ale mam jego magiczną część;-)  A jaki w dotyku jest piasek...? Trudno opisać,nawet nie bacząc na miejsce z którego pochodzi.Po prostu inny niż u nas w Polsce.Niepowtarzalny i oczywiście,jak na Wzgórze przystało delikatny,jak wszystko co związane z Uroczą Jego Mieszkanką;-) A dla mnie,to przede-wszystkim piasek z historią.Historią o Ani.

A czy jeśli jesteście ciekawi, co słychać w kolejnym tomie przygód Ani posłuchajcie;

Po "zawitaniu w Złotym Brzegu" dostrzegłam,że wiosna z jesienią radośnie się uzupełniają.A kraina dzieciństwa i dorosłości radośnie się uzupełniają.Intuicyjnie czułam także,że czeka mnie wiele miłych chwil w towarzystwie Ani i jej rodziny,lecz nie myślałam,że spotka mnie taka niespodzianka.
Ilekroć wyobrażałam sobie Panią Blythe,w towarzystwie dzieci to była to zawsze trójeczka.I podświadomie myślałam,że dwóch chłopców i dziewczynka.Może dlatego,że trójka to taka fajna liczba.Nie wiem...W każdym razie,im dalej zagłębiałam się w historię Złotego Brzegu,tym bardziej moje przypuszczenia rozwiewał,coraz to donośniejszy,dziecięcy śmiech w domu Państw Blythe...

Kolejna niespodzianka,okazuje się,że także nie mała.Bo roześmianych twarzyczek zamieszkujących Złoty Brzeg, jest sześcioro;-) Dacie wiarę, 3-dziewczynki i 3-chłopców.Przy czym każde z nich wymaga jednakowej troski,uwagi i oddania.A wszystko to otrzymują, na miarę możliwości,od swej kochającej,oddanej i pięknej mamy.Mamy dla której czas się zatrzymał.Z nienaganną figurą,błyskiem w  oku i matczyną radością,stawia czoło kolejnym dniom życia codziennego.

Gdyby tylko życie składało się ze zmartwień matczynego serca,jakoś można byłoby sobie z nimi poradzić.Ale co może zdziałać kobieta,gdy widzi,że dotąd idealny związek zabija rutyna dnia codziennego,piętrzące się tajemnice i brak czasu.A na dodatek w cieniu kłopotów pojawia się,była miłość Gilberta z czasów studenckich.Zaś sama Ania odczuwa delikatne zmęczenie całodobową opieką nad szóstką dzieci,troską o ciepło domowego ogniska, i wieczną nieobecnością z dnia na dzień oddalającego się Gilberta.Na dodatek, dostrzega pierwszą,delikatną siateczkę zmarszczek wokół oczu.
Co według Mnie czytelnika, może dodawać jej dodatkowego subtelnego uroku,lecz Ania jest odmiennego zdania.Zastanawia się,czy to możliwe,by Gilbert zapomniał o kolejnej rocznicy ślubu?Pochłonięty odświeżoną znajomością? Dlaczego już od tak dawna,nie mówi do niej : "Dziewczynko Aniu"...? Czy znajdzie siłę i radość,by być jeszcze lepszą matką???

                Na to nie udzielę już Wam odpowiedzi;-) Przeczytajcie sami:-)
                            Zapraszam do " Złotego Brzegu w imieniu swoim i Ani".


Ps.Notka może nie najlepsza w treści,ale pięknie pisać nie umiem,niestety.Ale za to z dedykacją i w podziękowaniu "za cząstkę Ani",dla Bernadety.Jeszcze Raz DZIĘKUJĘ;-)

09.11.2013

Panieneczka z podwóreczka...

Zdjęcie pochodzi ze strony Lubimy Czytać. 
(Moja książka:  
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia. 
Wydanie: Warszawa 1971r. 
Oprawa: Miękka. 
Ilość stron: 214. ) 

Pochłonęła mnie,osnuła,zawładnęła ciałem i umysłem.Szara mgła,jesiennej nostalgii i depresji.Przez co długo nie było mnie na blogu,bo wszystko stanęło w miejscu i czasie,a do całej reszty serca brak...
Najgorsze,że do czytania także...coś tam się czyta jakieś...szczątkowe ilości,ale nie tak, jakbym chciała i nie tyle,by cieszyło...I nie żeby nie było co..."bo tego towarzystwa mam wiele"...Tylko zapał wlazł pod koc,a chęci schowały głowę pod poduszkę...bo za oknem liśćmi miota wiatr,a deszcz bębni o parapet swoim smutkiem,kolejny wieczór spowiła mgła,jesiennym smutkiem...

Dlatego dziś coś z Dziecięcej Krainy Beztroski.Od dawna chciałam przeczytać coś Natalii Rolleczek.Tylko to "coś" było odkładane na wieczne później.Bo nie mam pod ręką,bo książka dziecięca i w moim wieku może nie wypada :-Pa ? Wygrzebana z domowej biblioteczki chrześniaka,doczekała się swoich 5 minut,a i świetnie przydała się do wyzwania u Bukowniczka, na literkę C;-) .

A mowa tu, o książce "Cesia" wyżej już wspomnianej N.Rolleczek.Książka dla dużych i małych,tylko mam takie nieodparte wrażenie,że może mojego pokolenia,bo jakoś trudno mi uwierzyć,że w dobie gier komputerowych,Pokemonów i Baku-ganów dzieci chciałyby takie książki czytać.Niemniej jednak, ja bardzo fajnie z tą książką spędziłam czas,bo poczułam się, jak rówieśnica Cesi.A zatem posłuchajcie:

Cesię poznajemy w momencie,kiedy musi opuścić ukochany dom i dziadków, na wsi po to,by przenieść się do wielkiego i obcego miasta.W mieście tym,mamusia pracuję jako pielęgniarka,a Cesia ma  pójść do nowej szkoły,w której rozpocznie pierwszą klasę.Początkowo dziewczynka oczarowana jest perspektywą wyjazdu do nowego miejsca,jak i pierwszą,samodzielną podróżą autobusem w nieznane.Cieszy się na wielkie przygotowania przez babcię do podróży,jak i z dwóch całkiem nowiutkich sukienek.W skrytości ducha żal jej,że dziadkowie już w podeszłym wieku zostaną sami,bez ukochanej wnuczki.Żal także opuszczać ukochanego podwórka i wszystkich zwierzaków: kaczek,kur,królików,małego rozsądnego prosiaka,który reaguje tylko na wołanie Cesi ,lecz ciekawość miasta i chęć podróży jest silniejsza.

A w mieście,jak to w mieście moc bloków dookoła.Gwar, szum, rwetes,a pośrodku mała siedmioletnia dziewczynka i jej pierwsze wielkie rozczarowanie.Na dworcu zamiast mamy jest obca Pani,u której Cesia ma zamieszkać,bo mamusia mieszka w hotelu przy szpitalu.Na dodatek obca Pani Marta ma dwoję dokuczających i rozpieszczonych dzieci,które skutecznie utrudniają Cesi początkową adaptację w mieście.Na dodatek Cesia nie może znaleźć w szkole nowej koleżanki.Jednakże Bardzo zaprząta jej małą główkę,poznany w nieprzewidzianych okolicznościach cygański chłopiec Laszlo.A jakby było tego mało,dziewczynka dowiaduje się,że będzie miała nowego Tatusia.Co dodatkowo potęguję tesknotę za tatą, który zmarł dawno temu, za dziadkiem babcią i jej kuchennymi specjałami,za malowanym kredensem w róż,który stoi w pokoju babci,za własnym łóżkiem i wszystkim tym co było związane z dotychczasowym, szczęśliwym dzieciństwem u boku dziadków.

Jeśli chcecie się dowiedzieć, kto to jest Pan Skwarek,Wiesia i co wniknęło z pobytu Cesi w mieście, i jakie ma na niego zapatrywania przeczytajcie.Powieść przygodową,momentami chwytającą za serce, o małej,rezolutnej i dzielnej Cesi.

                                                                      { Missy }